Dłużyła się ta droga na południe. Tajlandia poniżej Surat Thani się zmienia. Znikają turystyczne resorty, a nad brzegiem morza stoją kolorowe wiejskie domy. Wodne bawoły wylegują się w zastoiskach rzek i przydomowych stawkach. Sklepy chowają się w cieniu stacji benzynowych. Dookoła pieni się tropikalna roślinność, kokosowe palmy, bananowce, drzewa mango, ozdobne rośliny w przydomowych ogrodach.
Okolica jest spokojna i skupiona na sobie. Czteropasmowa nowoczesna ekspresówka, z szerokim poboczem, jest prawie pusta. Przy drodze coraz częściej pojawiają się meczety, a kobiety mają zasłonięte chustami głowy.

Zapomniane powstanie
Rządy krajów zachodnich od lat odradzają przyjazdy tutaj. Wg strony brytyjskiego rządu niewskazana są jakiekolwiek, niekonieczne, podróże do południowych prowincji Pattani, Yala, Narathiwat i do prowincji Songkhla na południe od miasta Hat Yai. Powodem są „regularne ataki terrorystyczne” związane z trwającym tu od lat separatystycznym powstaniem (www.gov.uk).
W podobnym tonie wypowiada się polskie ministerstwo spraw zagranicznych: „W południowych prowincjach Tajlandii (Pattani, Yala, Narathiwat, Songhkla) może dochodzić do ataków terrorystycznych z użyciem bomb i broni palnej. Na niektórych obszarach w tych prowincjach wprowadzony jest stan wyjątkowy i obowiązują dodatkowe kontrole i ograniczenia w podróżowaniu. Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza podróże, które nie są konieczne do tych prowincji.” (https://www.gov.pl/web/tajlandia/idp).
Skomplikowane politycznie powstanie tli się na południu Tajlandii od ponad 20 lat. Ostatni atak terrorystyczny miał tu miejsce 30 czerwca 2024, gdy samochód pułapka eksplodował przed policyjnym posterunkiem w prowizji Yala. Wybuch zabił nauczycielkę lokalnej szkoły i ranił 21 osób (https://www.benarnews.org/english/news/thai/teacher-killed-deep-south-bomb-yala-province-06302024111134.html).
Wszystko to sprawia, że Południowa Tajlandia (poza południowymi wyspami na Morzu Andamańskim) nie jest miejscem, do którego jeździ się turystycznie. Można oczywiście zatrzymać się na plażach głębokiego południa ale zasadnicze pytanie, które trzeba sobie postawić, to w jakim celu to się robi?
600 kilometrów na południe
Po odwiedzeniu Koh Samui, Koh Phangnan i Koh Tao chciałam się dostać na Wyspy Parhentyjskie na wschodnim wybrzeżu Malezji. Był sierpień i ciągle silny monsun na zachodnim wybrzeżu Tajlandii, wiec przeskakiwanie z wyspy na wyspę, aż do położonego na zachodnim wybrzeżu Malezji archipelagu Langkawi nie było dobrym pomysłem, zwłaszcza ze prom z Koh Lipe na Langkawi działa tylko w sezonie. Pozostawała mi droga lądowa.
Z miasta Surath Thani (skąd odchodzą promy na Koh Samui) do granicy z Malezją jest prawie 600 km, czyli 8 – 9 godzin czystej jazdy. W terminalu autobusowym w mieście Nathon na Koh Samui można kupić kombinowane bilety na prom na stały ląd (Donsak Pier) i na busika do głównego miasta południowej Tajlandii, Hat Yai (cena 16 USD). Busik swoje najlepsze lata miał już za sobą, był pełen, a ja byłam tam jedyną turystką. Do Hat Yai było 300 km i 5 godzin w podróży.
Na dworcu autobusowym w Hat Yai można kupić bilety dalej na południe – na busika który jedzie aż do lądowego przejścia granicznego z Malezja w Sungai Kolok (Rantau Panjang – po stronie malezyjskiej) – 4-5 godzin jazdy.

Problem polega na tym, że busiki nie mają stałych godzin odjazdów. Działają tak jak busiki przy Morskim Oku – ruszają gdy uzbiera się wystarczająca liczba pasażerów. Dochodziła, 4 po południu i pani z okienka zdecydowanie zniechęcała mnie do nocnej podroży w kierunku granicy.
Hat Yai stolica południa
Hat Yai ma około 200 tysięcy mieszkańców w samym mieście i prawie 800 tysięcy w obrębie tzw. obszarze miejskim. To jedno z tych miast, które nie ma znanych turystycznych atrakcji, ale jednocześnie podróżując przez południową Tajlandię nie sposób je ominąć.

To był mój drugi raz w Hat Yai – jadąc pociągiem i autobusem przez głębokie południe zawsze trafia się do Hat Yai na nocleg. Największe miasto południa ma kolekcje niedrogich biznesowych hoteli (ok. 30 USD za pokój ze śniadaniem), nocny targ, zbierający świetne recenzje przedstawienie drag queens – Angela Queena Cabaret Show i nieskończenie wiele opcji na kolacje. To takie miasto, w którym spędzenie przymusowej nocy w podroży, nagle okazuje się zaskakująco przyjemne. Turystów z zachodu, poza mną, tutaj nie było.

Chciałam wydostać się z Hat Yai możliwe rano żeby złapać ostatnie łodzie na wyspy Parhentyjskie, które kursują do 5 po południu. Nie było to proste. O 6 rano, poza mną, chętne na kurs były jeszcze tylko 2 osoby. O 8 rano, gdy z głośników rozbrzmiewał hymn Tajlandii i wszyscy na dworcu wstali ze swoich miejsc, brakowało jeszcze 3 pasażerów. W końcu o 9 rano udało się wyruszyć.

Z Hat Yai na południe biegnie czteropasmówka, ale droga poprzedzielana jest regularnymi zaporami i posterunkami policyjnymi, wymuszającymi spowolnienie ruchu. Tak jak dzień wcześniej, droga biegnie przez dżunglę, tereny rolnicze i swobodnie rozrzucone wiejskie zabudowania. Nie ma tam większych miast, nie ma ruchu turystycznego. Przy posterunkach policyjnych przy drodze stoją opancerzone samochody. Ruch na drodze jest minimalny. Cała droga do przejścia granicznego zajęła 5 godzin.

Przejście graniczne Sungai Kolok
Samo przejście jest położone na otwartej przestrzeni, poza miastem. Kierowca busa wysadził mnie przy budynku straży granicznej. Dalsza trasę pokonuje się na własnych nogach. Nie było tam tłumów, przejście ma charakter lokalny, byłam tam jedyną turystką. Po podstemplowaniu paszportu przez służby graniczne Tajlandii trzeba przejść 400 metrów, na druga stronę granicznej rzeki Golok, do przejścia po stronie Malezyjskiej. Polacy nie potrzebują wizy do Malezji i mogą tam zostać maksymalnie do trzech miesięcy. Oficer na przejściu miał do mnie sporo pytań, o moje wcześniejsze pobyty w Malezji, trasę dalszej podroży, długość pobytu i bilet lotniczy wyjazdowy z Malezji. Plecak natomiast nie wzbudził żadnego zainteresowania u celników.

Po stronie Malezyjskiej przejścia granicznego najlepiej, po prostu złapać graba – kurs lokalnej waluty do dolara amerykańskiego jest teraz niski a poza tym grab od zawsze był w Malezji tańszy niż w sąsiednich krajach. Trasa do położonego 87 km od przejścia granicznego miasta Kuala Besut kosztowała 30 USD. Na kierowcę czekałam 5 minut, mówił świetnie po angielsku i podrzucił nie też na stację benzynową (która miała bankomat i lokalne karty sim). Na przejściu nie widziałam punktu wymiany walut – nie jest to przejście, które przyciąga turystów, poza tym w Malezji dużo łatwiej można korzystać z bankomatów zamiast z kantorów, bo lokalne banki zazwyczaj nie pobierają dodatkowych opłat od wypłat, jak robią to banki w Tajlandii. Karty sim w Malezji można kupić wirtualne (np przez aplikację airalo), ale tańsze są te dostępne na stacjach benzynowych.

Spieszyłam na przystań łodzi odchodzących na wyspy Parhentyjskie w Kuala Besut, i nie chciałam spędzać kolejnej nocy w tranzytowym mieście, ale po drodze na wyspy warto na jedną noc zatrzymać się w nadmorskim Kota Baru w Malezji (byłam tam już podczas jednak z poprzednich wizyt w Malezji).
